Vorwort
Wir erzählen hier von Agnieszkas Großmutter, deren Wege wir immer mal auf unseren Reisen durch Polen kreuzten. Ich habe es irgendwann aufgeschrieben, und Agnieszka korrigierte und übersetzte es. Damit wurde es zu unserer gemeinsamen Geschichte.
Über siebzig Jahre haben wir uns nun mit einer kurzen deutschen Episode auseinandergesetzt, und wir tun es bis heute. Ich bin nicht unglücklich darüber, daß unsere „Schande“ (andere Völker sind stolz auf Eroberungen und Siege) immer wieder Thema ist. Daß wir damit unseren imperialen Größenwahn ad acta gelegt und das fehlende Mitgefühl wieder gefunden haben, ist auf jeden Fall ein Gewinn.
Durch Reisen und Beschäftigung mit dem Slawischen fand ich heraus, was mir meine Großmutter und mein Vater verschwiegen haben: daß ich zu fünfzig Prozent germanische, aber genau so viel slawische Gene habe. Die ersten fünfundsechzig Jahre bin ich als Deutscher durchs Leben stolziert, naja, die nächsten werde ich, damit ich wieder in Waage komme, es als Pole versuchen.
Słowo wstępne
To jest opowieść o babci Agnieszki, której losy wciąż pojawiały się podczas naszych podróży po Polsce. Kiedyś spisałem je, Agnieszka poprawiła i przetłumaczyła. I w ten sposób stała się naszą wspólną historią.
Od ponad siedemdziesięciu lat zajmowaliśmy się tym krótkim niemieckim epizodem i robimy to do dziś. Nie jestem nie-szczęśliwy z tego powodu, że nasz „wstyd“ (inne narody są dumne z podbojów i zwycięstw) jest powracającym tematem. Fakt, że odłożyliśmy na bok naszą imperialną megalomanię i na nowo odkryliśmy współczucie, którego nam brakowało, jest zdecydowanie zaletą.
Podróżując i studiując słowiańskość, dowiedziałem się tego, co moja babcia i mój tato przemilczeli: że mam pięćdziesiąt procent germańskich genów, ale też tyle samo słowiańskich. Przez pierwsze sześćdziesiąt pięć lat kroczyłem przez życie jako Niemiec, cóż, przez następne kilka lat będę próbował jako Polak, by odzyskać równowagę.
DREIZEHN REISEN NACH OŚWIĘCIM / AUSCHWITZ
Besuch 1
Braunbären
Maria. Ich habe sie nie kennengelernt. Sie geisterte als unsichtbares Familienoberhaupt durch die Gespräche der Familie meiner polnischen Frau, und niemand wagte es, ein kritisches Wort über sie zu vergießen, weder die Schwiegermutter noch der Schwiegervater, noch ihre Enkelin – meine Frau. Sie war die Großmutter par excellence, nämlich wirklich groß und Mutter, vierfache, wovon sich ein Viertel als Fehlannahme herausstellen wird, später, in einem Jahr vielleicht oder zweien, aber noch ist sie der Mittelpunkt, das Heiligtum, aller Rätsel Anfang, und doch führen bei ihr die meisten Antworten zusammen.
Im Sommer zelteten Agnieszka und ich am anderen Ende des Landes, in den Bieszczaden, auf einer Halbinsel bei Einsiedler Bross am Solina-Stausee. Wir waren kaum acht Kilometer Luftlinie entfernt von Marias Alterssitz.
Ich hätte sie gern kennengelernt, natürlich, aber mein Weib hätte mich längst mitgenommen zu ihr, über die sie mir stundenlang Legenden berichtete, und offensichtlich hatte es einen Grund, weswegen mir diese Bekanntschaft versagt blieb.
Nicht, weil ich Deutscher war. Nicht, weil sie einige Jahre im Lager Auschwitz verbracht hatte. Nicht, weil ich nicht vorzeigbar gewesen wäre. Nicht, weil ich sie verunsichert hätte mit meinem Herrendeutsch, das eigentlich ein gemütliches Sächsisch war. Ihrer Enkelin hatte sie immer erklärt: Lernt Deutsch! Ihr müßt die Deutschen verstehen!
Nun lernte sie Deutsch. Allerdings etwas langsamer als ich Polnisch.
Großmutter Maria ging es inzwischen nicht mehr so gut. Sie saß zwar noch im Garten, ja. Aber nur kurz. Eigentlich wollte sie nur noch schlafen.
Nein, ich war fehl am Platze. Nicht auch noch Fremde!
OŚWIĘCIM. AUSCHWITZ.
TRZYNAŚCIE WIZYT
Wizyta 1
Niedźwiedzie
Maria. Nigdy jej nie poznałem. Krążyła jak duch, jak niewidzialna głowa rodziny podczas rozmów w Zielonej Górze i nikomu nie wymknęło się krytyczne słowo, ani teściowej, ani teściowi, jej synowi, ani jej wnuczce, mojej żonie. Była babcią, pra-matką par excellence, i wielką, i Matką, poczwórnie, z czego ćwiartka okaże się mylnym przypuszczeniem, ale później dopiero, za rok, może dwa, teraz jest jeszcze centrum, świętością, początkiem wszystkich pytań a zarazem odpowiedzią na nie.
Latem biwakowałem z Agnieszką w Bieszczadach, na półwyspie u Brossa. Może z osiem kilometrów dzieliło nas od ostatniego domu Marii.
Chciałem ją poznać, oczywiście. Moja żona dawno mogła mnie do niej zabrać, po tym jak godzinami snuła o niej opowieści. Widać był powód, dlaczego mi tej znajomości odmówiono.
I nie dlatego, że byłem Niemcem. Nie dlatego, że spędziła kilka lat w obozie Auschwitz. Nie, żebym był niewart pokazania. Nie, że mogłaby poczuć się niepewnie z moją pańską niemieckością, która właściwie była tylko sympatyczną saksońską. Swojej wnuczce mówiła: Uczcie się niemieckiego, powinniście ich rozumieć!
I uczyła się, chociaż nieco wolniej niż ja polskiego.
W międzyczasie babcia Maria nie czuła się już dobrze. Bywała jeszcze w ogrodzie, owszem, ale krótko. Właściwie chciała już tylko spać.
Nie. Byłem tam zbędny. Nie tylko obcy!
...