1. Mond
ZEUGUNG
Das Zimmer – eine weißgetünchte Höhle. Irgendwo mußte die Schuld einen Ort finden, irgendwie brauchte die Welt, als wär sie noch nicht, einen Akt. Einen Akt ohne Idee, nur um der Geschlechtlichkeit willen. Das Vorher war es, ein Danach gab es noch nicht.
Wir füllten die Höhle mit unserem Fleisch, wir tränkten das gestärkte Laken. Auf dem Grund saßen wir, in der Tiefe des anderen. Die Schuld, der Urgrund des Lebens, rann mit dem süßlichen Saft auf den Boden. Ohne Geräusch waren wir, denn das war später. Ohne Bild waren wir, es gab nur das Bild des anderen ohne Vergleich. Die Zeit war ein Totes, auch sie wird geboren werden in Schuld. Sucht und Eifersucht – fern blieben sie dem weißen Raum, in dem die Bluthitze wuchs.
Deine Eruptionen! Deine schlafenden Vulkane! Ich sollte sie wecken. Nun klebte die Schuld, die aus dir floß, an mir. Genußvolles endloses Kleben, des Lebens einziger Beweis.
Geweckt habe ich deine Vulkane. Als Gott des Feuers benannte ich meinen Stab der Männlichkeit. Noch geschieht es. Noch ist es Überfluß. Nichts ist gebändigt. Jedes ist ein Zuviel und Zuviel ist alles. Verlange nicht Disziplin! Sie verbraucht meine Leben. Tausende hintereinander verschlingt sie, um einer einzigen Regel willen.
Gefäß du, Gefäß, das sich dehnte. Ausfülltest du den Raum, und wo das Fleisch nicht war, wuchs der Schrei. Groß wurde er, dehnte starre Wände, färbte dunkler das Blut.
Du, wachsende Wunde, wovon nährst du deine Wunden? Ich, dein Verletzter, nahm die Gewichte, die Ketten und lief. Und du, hast du mich erkannt an meiner Flucht ?
1. księżyc
ZAPŁODNIENIE
Pokój — pobielona na biało nora. Wina musiała gdzieś znaleźć takie miejsce, jakiego potrzebuje świat tak, jakby jej jeszcze nie było, aby spełnić pewien akt. Akt bez idei, istniejący po ciemku. To było przedtem, gdy potem jeszcze nie istniało.
Wypełniliśmy tę norę naszymi ciałami, moczyliśmy nakrochmalone prześcieradła. Siedzieliśmy w dole, w głębi tego drugiego. Wina, praprzyczyna życia, wraz ze słodkim sokiem wyciekała na podłogę. Nie wydawaliśmy jeszcze hałasu, bowiem ten nastąpił później. Byliśmy bez obrazu — istniał tylko obraz tego drugiego bez możliwości porównywania. Czas był czymś umarłym, także zrodzi się z winy. I żądza i zazdrość — pozostały dalekie dla tej białej nory, w której wynurzała się gorączka krwi.
Twoje wybuchy! Twoje śpiące wulkany! Powinienem je obudzić. Teraz przykleja się do mnie wina wypływająca z ciebie. Pełne rozkoszy bezkresne przyklejanie się, jedyny dowód życia.
Obudziłem twoje wulkany. Za boga ognia uznałem drąg mej męskości. Jeszcze się staje. Jeszcze jest pewnym nadmiarem. Nic nie jest poskromione. Każde jest jakimś nadmiarem, a taki nadmiar jest wszystkim. Nie domagaj się dyscypliny! Pochłania ona moje życie. Z powodu jedynej reguły pożera kolejne tysiące.
Tyś naczyniem, takim naczyniem, które się rozciąga. Wypełniłaś przestrzeń — gdzie nie było ciała, tam wyrastał krzyk. Powiększał się, rozciągał sztywne ściany, mroczniej barwił krew.
Ty, rosnąca rano, czym karmisz swoje zadrapania? Ja, kaleczący cię, odrzuciłem ciężary i łańcuchy; uciekłem. A ty, czy poznawa-łaś mnie, kiedy uciekałem?